Karpaty Ukraińskie – znów nad Czarnym Czeremoszem

Karpaty Ukraińskie to góry dzikie, z niewielką liczbą wyznaczonych szlaków i dość trudno dostępne. Całe zaopatrzenie trzeba nosić na własnych barkach, zaś wodę można czerpać z licznych, wciąż czystych potoków. Prędzej spotkamy tam leśnika niż turystę. Na wyjazd kawalerski zaplanowaliśmy z Filipem tygodniowy pobyt poza cywilizacją i ponowne zmierzenie się z Czarnym Czeremoszem. Założyliśmy też, że spędzimy dwie noce na połoninie Bałtaguł.

Do zaprzyjaźnionej Sadyby Pod Skałą w Krzyworówni dojechaliśmy w niedzielę wczesnym rankiem. Karpaty Ukraińskie witają nas słońcem. Gospodarze odsypiali huculskie wesele, my również postanowiliśmy odreagować noc spędzoną w autobusie relacji Bydgoszcz-Mamałyga. Już następnego dnia mieliśmy rozpocząć wędrówkę wzdłuż Czarnego Czeremosza, więc zależało nam na jak najlepszej regeneracji.

Planowaliśmy spędzić w górach tydzień. Karpaty Ukraińskie to nie jest szczególnie zaludniony obszar. Do sklepu mieliśmy dojść po sześciu dniach marszu. Filip przygotował wegańskie menu na całą marszrutę. Królowały płatki owsiane, batony musli oraz soczewica, fasola czy cieciorka w puszce. Dokupiliśmy trochę warzyw na pierwszą kolacje i bogate menu gotowe. Po wieczornym posiłku z Wasylem i Nadią oraz wzmocnieniu się „złotym korzeniem”, czyli nalewką na żeńszeniu, usnęliśmy snem twardym, gotowi na przygodę.

Werchowyna-Szybene-Burkut

O 12 wyruszamy wypełnioną po brzegi marszrutką do Szybenego. Jak zawsze mocno trzęsie, na naszych kolanach oprócz plecaków lądują zakupy lokalsów. W autobusiku jedzie z nami kilku ukraińskich turystów, ale wszyscy szybko wysiadają przy najbliższych schroniskach. Do stanowiska pograniczników w Szybenym dojeżdża już niewiele osób.

Czarny Czeremosz, Szybene
Ruszamy, pierwsze zdjęcie Czarnego Czeremosza.

Mieszkańcy wioski szybko rozchodzą się po okolicznych domach, zaś my zostajemy zaczepieni przez młodego strażnika. Tradycyjna rozmowa – gdzie, dokąd, po co? Byliśmy na to gotowi, Filip przedstawia naszą trasę. Chwila konsternacji i słyszymy – „No dobrze, ale gdzie wasze pozwolenia?”. Na naszych twarzach rysuje się zdziwienie. W 2014 roku nie było mowy o pozwoleniu na przebywanie w strefie przygranicznej. „Przepisy zmieniły się w tym roku. Potrzebujecie pozwolenia z Czerniowiec”. Szybko schodzi się kilku innych strażników. Trwają rozmowy. W końcu radzą nam zmienić trasę i nie zbliżać się do granicy z Rumunią. Gdy ich szef odchodzi, to jeden z nich mówi. „A idźcie tak jak chcecie, powiedzcie, że nikt wam nic nie mówił. Pewnie was przepuszczą”. Mieli na myśli strażników w Perkałabie, gdzie planowaliśmy zejść z połoniny.

Jest życie w Burkucie

Mieliśmy dwa dni na decyzję, ale obaj wiedzieliśmy, że raczej planów nie zmienimy. Marzyliśmy o wejściu na Palenicę, spojrzeniu na rumuńskie Karpaty oraz sprawdzeniu, jak wygląda sistiema – płot z drutem kolczastym będący kiedyś granicą Związku Radzieckiego. Dociążamy plecak dwoma piwami (1,25l) i ruszamy do Burkutu. Po siedmiu kilometrach jesteśmy na miejscu. Przy źródle samochód, setki butelek. Widok ten sam co kilka lat temu. Ktoś przyjechał po roczny zapas wody burkuckiej.

Burkut, woda
Pyszna, burkucka woda

Dostrzegamy jednak też tabliczkę: „Kawa, herbata, piwo”. I nagle trafiamy do knajpy. Okazało się, że w tym roku w Burkucie pojawiło się znów życie. Dwa domy są zamieszkane, zaś w jednym z nich można przenocować i zamówić coś do jedzenia. Wypijamy butelkę zimnego kwasu i zabieramy się za szukanie miejsca na nocleg. Plecaki bezpiecznie zostawiamy w barze. Wspinamy się 200 metrów do drugiego, ponoć innego źródła, ale okazało się, że jest wyschnięte. Odwiedzamy też wznoszące się na zboczu ogromne schronisko, które sprawia wrażenie będącego w budowie. Nie spotykamy tam nikogo, ale widać świeże efekty prac. Chyba plany zasiedlenia Burkutu są bardziej zaawansowane niż nam się wydawało.

Karpaty Ukraińskie i Krynica Zdrój
Burkut, noclegi
Nocleg w Burkucie

Rozbijamy namiot na końcu drogi i zabieramy się za gotowanie. Tego dnia nie przeszliśmy wiele, ale dalej trzeba by iść kilka godzin, aby znaleźć przyzwoite miejsce do spania. Stąd decyzja, aby rozbić obóz w Burkucie. Znalazła się nawet ławka, stół oraz suche drewno kominkowe zostawione przez grzybiarzy. Burkut miał być kiedyś drugą Krynicą Zdrój. Gdy ogrzewaliśmy się przy ognisku, to wydawało nam się, że tak jest właśnie teraz. Około 23 do naszego ogniska zbliża się samochód. Turysta z łady żiguli planuje jutro wjechać na Czywczyn. Pyta o drogę, pogodę. Alkoholu kategorycznie odmawia. Obserwujemy gwiazdy i cieszymy się, że jutro będzie piękna pogoda.

Burkut, Czarny Czeremosz
Zaznajamiam się z Czeremoszem.
Czarny Czeremosz wyjątkowo chłodny

Budzą nas grzmoty. Zaczyna błyskać. Jest szósta rano. Zbieramy manatki, zostawiamy namiot i idziemy do ruin pobliskiej chaty. Nad głową dach, dookoła szaleje wiatr i walą pioruny. Robimy śniadanie i czekamy na poprawę warunków. Spacer rzeką przy ulewie raczej nie należałby do przyjemnych. Na szczęście szybko się rozpogadza, pakujemy mokry namiot i ruszamy przed siebie.

Burkut, droga
Pierwsze przejście – Filip trzyma fason

Pierwsze przejście Czeremosza odbywamy boso – bardzo boli. Na szczęście w naszym ekwipunku jest spore ulepszenie w stosunku do poprzedniej wyprawy. Mamy buty, które mają nam służyć do marszu w rzece oraz drugą parę – na wieczory. Następne przekroczenie rzeki odbywa się już w pełnym rynsztunku i, o dziwo, nie jest źle. Takich przejść będzie w sumie około pięćdziesięciu.

Noc w malignie

Po czterech godzinach marszu drogą, rzeką oraz wielu zmianach strony Czeremosza, przemoczeni, docieramy do potoku Albin. Tam planowaliśmy spać rok temu, ale zmęczeni zatrzymaliśmy się nieco wcześniej, przy potoku Dobryń. I znów wielkie zmiany. Postawiony dwa miesiące temu barak, ławki, niewielka przyczepa oraz dwóch leśników. Sprawdzają nasze dokumenty i pobierają po 20UAH od osoby za wstęp na eko ścieżkę. Panowie proponują nocleg u nich za 70UAH/osobę, ale decydujemy się iść dalej.

Karpaty Ukraińskie
W stopy zimno, ale zdjęcie być musi.
potok Albin
Klasyczne zdjęcie drogi

Z poprzedniego przejścia pamiętamy chaty w godzinę drogi od Albina. Szybko tam docieramy, zaś zza chmur wychodzi słońce. Najlepiej. Rozkładamy namiot, ubrania i buty do suszenia. Zjadamy też kanapki z paprykarzem i dużą ilością czosnku. Grzejemy się w słońcu i nagle czuję, że coś jest nie tak. Nie jestem w stanie się podnieść, w głowie mi się kręci. Do tego nudności oraz problemy żołądkowe. Niemal wszystko na raz. Od 17 do północy, z niewielkimi przerwami na toaletę i zmuszanie się, aby coś zjeść, nie wychodzę z namiotu. Karpaty Ukraińskie i prawdziwy koniec świata, to nie jest najlepsze miejsce na zatrucie. Filip na początku dzielnie się mną opiekuje, ale potem i jego dopada zaraza.

Karpaty Ukraińskie
Miejsce kaźni…

Może się wydawać, że pokonywaliśmy niewielkie odcinki. Ale uwierzcie, że marsz drogą w ciągle przemoczonych butach, z których wylewa się woda, gdy temperatura wynosi około 10 stopni, to nie jest nic łatwego. Do tego wyziębienia organizmu doszło zatrucie i mogę mówić o jednej z trudniejszych nocy w podróżniczych moich przygodach. Było tak zimno, że nie mogliśmy siedzieć poza śpiworem. Nie bardzo mogliśmy jeść, więc piliśmy herbatę i kładliśmy się do namiotu. Rozmawialiśmy, zapadaliśmy się w sen na chwilę, ale organizm nie pozwalał głęboko zasnąć. Z ulgą przyjęliśmy wschód słońca.

Dobryń, Czarny Czeremosz
Karpaty Ukraińskie – opadły mgły. Chata przy Dobryniu
Karpaty Ukraińskie
W drodze do Czemirnego
Popadaniec, Łostuń i wiatr przy Czemirnym

Zbieramy się z trudem i powoli ruszamy przed siebie. Buty prawie wyschły, ale nie dość, że „prawie robi różnicę”, to po paru minutach znów przekraczamy Czarny Czeremosz. Staramy się iść szybko, deszcz pada, jest zimno. Boimy się jeść, więc sił nie mamy zbyt wiele. Przy potoku Popadaniec decydujemy się na płatki owsiane. Na czas postoju zmieniamy też buty na suche. Niestety po pół godziny, gdy stopy dalej są zimne, trzeba ponownie założyć obuwie szturmowe. W Łostuniu natrafiamy na grzybiarzy, którzy ratują nam wrzątkiem i pozwalają posiedzieć przy rozgrzanym piecu. Przyjechali na tydzień do pracy. Wstają rano, idą w las, wracają na obiad i potem czeka ich wieczorna zmiana. W pewnym momencie jeden z nich mówi: „robota czeka”. Wszyscy wstają i zbierają się do wyjścia. Żelazna dyscyplina.

Docieramy do Czemirnego szybko. Ruiny dawnej siedziby strażników granicznych przyjmują nas wiatrem. Rozbijamy namiot na pierwszym piętrze budynku i chowamy się do śpiworów, żeby się ogrzać. Wiatr szaleje, ale mamy nadzieję, że spowoduje to zmianę pogody. Zmarznięci czekamy na słońce. W taką pogodę ciężko o suche drewno, a bez źródła ciepła można spędzać wieczory tylko w zaciszu śpiwora.

Klauza Bałtaguł i wejście na połoninę


Czym były klauzy i jak działały? Zapraszam do lektury mojego tekstu na ten temat: Klauza Bałtaguł


Rano szybko docieramy do klauzy Bałtaguł, zaś potem mozolnie wspinamy się leśną drogą w górę. Czas na nieznane – zgodnie stwierdzamy. Poprzednio doszliśmy tylko tutaj i potem, przez połoniny Hryniawskie przeszliśmy do Hramotnego. Teraz plan zakładał wejście na połoninę Bałtaguł i spędzenie tam dwóch dni. Zależnie od pogody chcieliśmy wybrać się na spacer na szczyt Łostuń jednego dnia oraz przejść przez Palenicę do Perkałabu drugiego. Najpierw jednak czekała nas mozolna wspinaczka. Grzybiarz w Czemirnym powiedział nam, że budowa chaty na połoninie jest niedokończona. Obawialiśmy się o jej stan, bowiem nocleg na wysokości 1500 metrów n.p.m. przy kiepskiej pogodzie nieco nas odstraszał. Po dwóch godzinach marszu naszym oczom ukazała się jednak piękna, drewniana chata z solidnym dachem. Nasze schronienie na dwie noce.

Klauza Bałtaguł
Tradycyjne selfie z Klauzą Bałtaguł
Karpaty Ukraińskie – dwa dni na połoninach

Posługując się GPS-em odnajdujemy źródło, którego strumień z niego zasila Czarny Czeremosz. Po drodze zbieramy też nieco prawdziwków, aby wzbogacić nasze menu. Z lasu Filip przyciąga sporą sosnę, której drewno ma nam posłużyć podczas wieczornego ogniska. Plecaki zostawiamy w chacie i ruszamy w górę na granicę ukraińsko-rumuńską.

Karpaty Ukraińskie
Nasza chatka na połoninie
Sistiema – w strefie liminalnej

Po 20 minutach wspinaczki docieramy do sistiemy. Tutaj jest wyjątkowo dziurawa i w niczym nie przypomina szczelnych zasieków, które widzieliśmy w Szepicie w 2013 roku. Wystarczy podnieść wyżej nogę nad drutem kolczastym już jesteśmy na drodze wojskowej. Przed nami szeroka droga, po jednej stronie resztki sistiemy, po drugiej parę metrów Ukrainy, słupki graniczne i Rumunia. Tak wyglądała granica Związku Radzieckiego. Oczywiście wtedy w płocie nie było dziur.

Palenica, Karpaty Ukraińskie
Po prawej stronie Rumunia, po lewej Ukraina oraz sistiema

Ruszamy w stronę Palenicy, aby złapać rumuńską sieć komórkową. Karpaty Ukraińskie maja jedną sporą zaletę – wysoko w górach można złapać sieć z Unii Europejskiej. Przechodzimy kilkaset metrów i trafiamy na patrol graniczny. Młody chłopak przegląda nasze paszporty i prosi o pozwolenie na przebywanie w pasie przygranicznym. Wzruszamy ramionami. „Nie wiedzieliśmy, nikt nam nie mówił, idziemy z Probijnej” (byliśmy w Probijnej parę lat temu, nie ma tam żadnego stanowiska straży granicznej). W zamian pokazujemy bilety wstępu do parku krajobrazowego zdobyte w Albinie. „Dalej was nie puszczą” – mówi strażnik, ale Filip przegaduje go, że nic nie wiedzieliśmy i chcemy pomieszkać na połoninie. Jesteśmy niegroźni. „Dobra, tylko schodząc do Perkałabu zgłoście się do naczelnika. Powiem, że przyjdziecie”. Sytuacja się uspokaja, zaś strażnik staje się naszym przewodnikiem. Opowiada o życiu pogranicznika, opisuje poszczególne szczyty, prowadzi nas do miejsca, gdzie będzie zasięg.

Karpaty Ukraińskie
Okolice Komanowej

Tempo ma sporo lepsze od naszego, cóż pokonuje podobną trasę pewnie codziennie. W końcu zdyszani wchodzimy na płaski szczyt i łapiemy zasięg. „To do zobaczenia chłopaki” – mówi strażnik, a my zabieramy się za sprawdzanie pogody i telefony do najbliższych. Dopiero przy zejściu zorientowaliśmy się, że młodzian przegonił nas kilka kilometrów i wprowadził na Palenicę (1749 m n.p.m.).

Karpaty Ukraińskie
Piękna droga – nic tylko chodzić.
droga mleczna, Karpaty
Niebo nad Karpatami
Łostuń – nieudane podejście

Drugiego dnia na połoninach ruszamy w kierunku Łostunia. Zdobywamy Koman (1723 m n.p.m.), Purul (1616 m n.p.m.) oraz Pirie (1590 m n.p.m.). Pogoda jest dobra, idziemy, rozmawiamy, robimy zdjęcia. Na Przełęczy Łosuńskiej trafiamy na obozowisko przygraniczników z Szybenego. Piją piwko i dzielą zebrane grzyby. Nieco zdziwieni sprawdzają nasze dokumenty i chyba średnio wiedzą jak się zachować. Zostawiamy ich w błogim nastroju i ruszamy w górę. Szybko jednak brakuje nam pary. Sprawdzamy, że sporo przed nami, a czeka nas jeszcze czterogodzinny powrót do naszej chaty. Postanawiamy odpuścić. Szybko schodzimy na przełęcz i postanawiamy minąć niepostrzeżenie strażników. Przechodzimy tuż obok nich, ale się nie orientują. Cóż, niedziwne, że ponoć kontrabanda działa tu całkiem sprawnie. Do chaty docieramy zmęczeni.

Łostuń, Koman
Podczas spaceru po połoninach
Karpaty Ukraińskie, sistiema
Sistiema, tego fotografować zakazano.
Koman, Łostuń, Komanowa
Karpaty Ukraińskie

W nocy mamy niespodziewaną wizytę gości. Ktoś podjechał samochodem, wyrwał haczyk w drzwiach i chodził po chacie. Odezwaliśmy się, że jesteśmy w środku, ktoś poświecił latarką, wrócił do samochodu i odjechał w siną dal.

Rumunia, Karpaty,
Rumuńskie szczyty kuszą
Sistiema
Jak pisanie wierszy o jesieni…
Perkałab – spotkanie z naczelnikiem

Rano pakujemy plecaki i ruszamy znów na granicę, a potem przez Palenicę schodzimy do Perkałabu. 700 metrów w dół, stromą drogą wojskową. Jeśli strażnicy codziennie tędy wspinają się patrolować granicę, to muszą mieć żelazną kondycję. Mozolne zejście męczy. Zauważamy, że sistiema robi się szczelna. Nie ma którędy przejść, druty sięgają wysoko. Wreszcie dochodzimy do bramy i widzimy zabudowania zastawy straży granicznej. Mijamy je i postanawiamy nie odwiedzać mieszkańców. Nikt się nami nie interesuje, to nie będziemy sami pakowali się w ręce służb granicznych. Niestety nasza droga do Niżnego Jałowca jest zagrodzona. Sistiema skutecznie nas blokuje. Nie uśmiecha nam się iść do Saraty i na Tomnatyk. Wracamy pokornie do bramy i sami wpadamy w ręce straży granicznej.

Pojawia się znajomy szybkonogi młodzian, przychodzi też naczelnik Oleksandr. „W jaki sposób się znaleźliście po drugiej stronie płotu?” – pyta boss. My dalej forsujemy wersję o niewiedzy, przypadku i turystach. „Złamaliście paragraf 202 oraz 204. Istnieje pas przygraniczny i przebywanie tam jest zabronione. Do tego domniemanie nielegalnego przejścia na stronę rumuńską”. Z pokorą kiwamy głowami, że zdajemy sobie sprawę z powagi sytuacji, ale już stało się i chcemy przejść dalej. „Tym razem puścimy was wolno. Robiliście jakieś zdjęcia?”. Odpowiadamy, że tylko sistiemy i potem żałujemy. Z mojego aparatu musi zniknąć na oczach naczelnika kilka zdjęć. Na szczęście nie pomyśleli, że na komórką można również fotografować. W końcu puszczają nas wolno i ruszamy drogą w kierunku Niżnego Jałowca.

Karpaty Ukraińskie
Gdy już naczelnik puszcza nas wolno, robię pożegnalne zdjęcie Sisitiemy.
Perkałab
Droga powrotna wzdłuż Białego Czeremoszu
Uralem do domu

W Jałowcu jemy wymarzony posiłek – chipsy paprykowe oraz wypijemy po piwie. Decydujemy się ruszyć jeszcze dziś do Hołoszyny, najlepiej stopem. Pytamy kierowcę urala, czy możemy przejechać się na pace z drewnem i po chwili do listy spełnionych marzeń możemy dopisać „złapanie urala na stopa”. Mocno trzęsie i szybko robi się zimno, ale widoki przepaści z naczepy pełnej drewna rekompensują niedogodności. W okolicach Biłej Riczki zatrzymujemy się na kolację. Wypijamy z jednym z pracowników leśnych pół litra i zostajemy przerzuceni do auta osobowego, którym nowi znajomi dowożą nas do Jabłonicy.

Pan Ivan czuwa

W Jablonicy od czerwca 2011 roku mamy swojego człowieka. To pan Ivan, zasłużony pracownik instytucji kultury, który od lat 50. XX wieku pracuje w Muzeum Huculszczyzny. Dojeżdżamy do muzeum po 22, do tego nieco podchmieleni, więc po prostu rozbijamy namiot na ganku muzeum i kładziemy się spać. Żartujemy, że może przed poranną marszrutką zjawi się gospodarz i zaprosi nas na zwiedzanie swojego muzeum. O 23 słyszymy stukanie laską o drewniany podest, na którym stoi nasze przenośne schronienie. To oczywiście pan Ivan, którzy przechodził nieopodal i dojrzał namiot. Zaprasza nas do muzeum, a tam pokazuje nakręcone przez niego filmy z obchodów Huculskiego Lata. Na stwierdzenie Filipa, że bez niego, to nikt by już nie dbał o huculskie tradycje, pan Ivan odpowiada nieskromnie: „no może tak”. Zasypiamy na ganku po północy.

Karpaty Ukraińskie
Pan Ivan z Jablonicy pozdrawia
Karpaty Ukraińskie żegnają nas burzą

Rano łapiemy autobus i jedziemy do Krzyworówni. Co ciekawe w pewnym momencie marszrutka się psuje i czekamy 30 minut aż kierowca z niewielką pomocą pasażerów wymieni koło. Znów niedziela i znów jesteśmy w zaprzyjaźnionej sadybie. Wybieramy się do Werchowyny na pizzę, podziwiamy panoramę z okien restauracji hotelu Verkhovel. Kelnerzy nie zwracają na nas uwagi, ponieważ posiłek spożywa właśnie ukraiński celebryta, juror Top Model, Richard Gorn. Tak oto z dziczy gór trafiliśmy do wielkiego świata mody. Wieczorem planuję obejrzeć mecz Legii przez internet, ale ogromna burza powoduje brak prądu w całym rejonie. Prądu nie ma do rana, gdy opuszczamy Karpaty Ukraińskie i ruszamy w podróż powrotną.

Paragraf 202 i 204

Po powrocie do Polski Filip sprawdził, że naczelnikowi chodziło zapewne o paragrafy 22 i 24. Aby przebywać w pasie przygranicznym należy mieć pozwolenie od straży granicznej. Cóż, następnym razem będziemy wiedzieli…

 


Jeśli interesują Cię Karpaty Ukraińskie, to koniecznie odwiedź stronę Rugala.pl. Świetne zdjęcia i skarbnica wiedzy na temat tej dzikiej części Ukrainy.


 

Autor Oli

W 2015 dotarł do Santiago de Compostela wyruszając z Polski. Obecnie przygotowuje się do półrocznej podróży poślubnej po Azji i Australii.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz