Potyczka z Czarnym Czeremoszem – dzień pierwszy

In Ukraina by Oli1 Comment

Za pasem nóż, a w ręku kij,
krawieckie szydło w kapeluszu
wędrowiec ma (…)”

Jacek Kleyff – „Bosch”(Wędrowiec)

Do Szybenego dojeżdżamy wieczorem. W sklepie kupujemy dwa chleby, dwa litry piwa oraz dostajemy wrzątek. Jemy kaszę instant firmy Granero i udajemy się za wieś, w stronę Burkutu. Z marszrutką burkucką jest taka ciekawa sprawa, że w rozkładzie jazdy oraz na tablicy na przedniej szybie jest informacja, że jedzie ona do Burkutu. Jednak od czasów powodzi w 2008 już tam nie dojeżdża i zatrzymuje się w Szybenym. W Szybenym jest też siedziba straży granicznej oraz punkt kontrolny. Zostajemy spisani, zaś nasz plan dotarcia do klauzy Bałtaguł jest skwitowany słowami, że „przecież nie ma tam drogi”. Gdy informujemy, że wiemy o tym oraz posiadamy mapy i kompas zostajemy puszczeni. Widzimy jeszcze kierowcę naszej marszrutki, który radośnie odlewa się na własny wóz. Takim widokiem żegna nas skrzyżowanie w Szybenym.

Gdy docieramy pod chatkę leśnictwa, tę samą koło której rozbiliśmy się w czerwcu 2011, widzimy, że ktoś jest w środku. Jest około 21, więc nie chcemy przeszkadzać i rozbijamy namiot na polu obok. Skutecznie omijamy krowie placki i po chwili nasz dom już stoi. Wypijamy po litrze piwka siedząc na kawałkach drewna. Potem postanawiamy posiedzieć nad Czeremoszem. Schodzimy na dół i przez parę minut patrzymy na rzekę. Wzdłuż niej będziemy szli kolejne trzy dni. Wzdłuż, wszerz, w poprzek, z lewej na prawą. Nie wiemy, ile razy trzeba będzie przekroczyć Czeremosz. Mimo, że w Kriworiwni padało i bardzo obawialiśmy się czy rzeka nie będzie zbyt wzburzona, to w Szybenym była czysta i spokojna. Kładziemy się spać dość wcześnie.

Rano namiot jest mokry od rosy, więc decydujemy się osuszyć go na płocie ogradzającym leśnictwo. W chatce leśnika, którego niestety obudziliśmy (o 8.30!), zostawiamy plecaki. Bierzemy tylko potrzebne do śniadania frykasy i wracamy pod sklep (około 15 minut). Niestety jest zamknięty, więc nici z darmowego wrzątku. Ma być otwarty dopiero o 10.30. Nie chcemy tyle czekać. Posileni smalcem wracamy do leśnika, kąpiemy się w źródełku, wkładamy sandały i ruszamy w trasę. Leśnik opowiada nam, że wczoraj był przy potoku Albin i widział tam niedźwiedzia, który jest ranny i prawdopodobnie nie spał zimą. Nieopodal potoku Albin planowaliśmy pierwszy nocleg. Planów nie zmieniamy i wolnym krokiem, z dwiema litrowymi butelkami wody i dwoma chlebami w plecakach ruszamy do Burkutu.

Burkut

Pierwsze zdjęcie Czarnego Czeremosza – droga Szybene-Burkut

Tutaj konieczna jest mała retrospekcja. Gdy we wrześniu 2013 wyruszyliśmy, aby dotrzeć do źródeł Białego Czeremoszu, to sprawa była jasna i klarowna. Wzdłuż Białego Czeremoszu prowadziła droga, więc nie było żadnego zagrożenia, że coś pójdzie nie tak. Dodatkowo na trasie znajdowała się wieś Niżny Jałowiec, w której to znajdowały się trzy sklepy. Tym razem ostatni sklep pozostawiliśmy za sobą w Szybenym a na całej trasie nie miało być już żadnych osad ludzkich. Spodziewaliśmy się leśników, grzybiarzy, turystów (?) oraz niedźwiedzi.

Droga Szybene – Burkut przypominała tę, którą szliśmy w zeszłym roku. Sporo błota, nierówna, momentami pod górę, czasem w dół. Niektóre miejsca faktycznie mogłyby sprawiać problemy marszrutce. W mojej opinii spokojnie dojechałaby ona do Burkutu, jednak nie ma już po co tam jeździć. W Burkucie nie mieszka nikt, zaś po miejscowości, gdzie kiedyś planowano wybudować uzdrowisko na miarę Krynicy Górskiej pozostała tylko legenda. Legenda oraz woda.

Pyszna, burkucka woda

Źródła burkuckie dalej biją i przyciągają miejscowych oraz nielicznych turystów. Po drodze znaleźliśmy jedno ujście wody. Polecam spojrzeć na zdjęcie. Gdy doszliśmy do „centrum” dawnej wsi zobaczyliśmy tam duży samochód. Kilku mężczyzn przywiozło setki butelek i nabierało burkucką wodę. Ponoć przyjeżdżają raz na półtora roku, na tyle starcza im zapasów. Z plastikowych worków wysypywały się butelki po wodzie źródlanej, żywczyku, coca coli oraz przede wszystkim piwie. Półlitrowe, litrowe, dwulitrowe. Sami też napełniamy nasze skromne dwie butelki oraz raczymy się wodą z naszego metalowego kubka. Jest mocno mineralizowana, gazowana, ale nie ma w sobie nic odrzucającego. Nie wali jajem. Jest po prostu smaczna.

W drodze do Burkutu towarzyszył nam leśnik, który dogonił nas na trasie. W Burkucie mieści się bowiem główny oddział jego leśnictwa, sam obecnie stacjonuje w oddziale zamiejscowym w Szybenym. Powiedział nam, że śmiało możemy spać przy Albinie, ponieważ jest tam chatka. Uważa też, że dalej na trasie nie powinniśmy mieć problemu ze znalezieniem noclegu.

Burkut

Druga Krynica Zdrój

Burkut

Burkut

Żegnamy się z leśnikiem oraz nabierającymi wodę Ukraińcami i ruszamy przed siebie. Drogi wystarcza do końca zabudowań. Potem widzimy ruiny mostu i czeka nas pierwsza przeprawa. Musimy się lekko cofnąć, aby znaleźć łagodne zejście do rzeki. Jesteśmy na wypłaszczeniu, więc rzeka jest szeroka, płytka i łatwo pokonujemy Czeremosz po raz pierwszy. Sprawia nam to sporą radość, robimy zdjęcia, pozujemy. Idziemy też nieco rzeką, aby znaleźć dobre podejście na drugi brzeg. Bez problemu znajdujemy dalszą część drogi na drugim brzegu. Idziemy, droga jest dobra, wyraźna. Tutaj znajduję kij, który będzie towarzyszył mi aż do Krakowa. Po jakimś czasie, podczas postoju Filip znajduje swój kij. Kij na tej trasie okazał się bardzo ważny. Wiele razy ratował nam suchość plecaka, kostki, kolana oraz może i życie. Gdy nurt był rwący bądź woda głęboka był trzecim punktem oparcia w rzece. Mi kilka razy zdarzyło się utrzymać równowagę w wodzie tylko dzięki Wilsonowi. Postanowiliśmy bowiem ochrzcić naszych towarzyszy. Kij Filipa dostał imię Kola, po Koli Zajacu, którego spotkaliśmy zeszłego roku w Niżnym Jałowcu.

Koniec drogi, ruiny mostu

Dalsza droga to monotonne wspinanie się w górę rzeki. Drogą, wodą, z lewego brzegu na prawy, z prawego na lewy. Piszę wspinanie, ponieważ pokonywaliśmy niewielkie przewyższenie, mimo to nie było czuć, że idziemy pod górę. Złudne było także to, że w pokonujemy znaczny dystans. Częste przeprawy przez wodę, skakanie po kamieniach, przedzieranie się przez krzaki oraz wspinanie po skałach powodowały, że posuwaliśmy się powoli. Nie czuliśmy jednak tego i spodziewaliśmy się, że lada chwila naszym oczom ukaże się potok Albin oraz rzeczona chatka.

Czarny Czeremosz

Ten fragment drogi prowadził Czarnym Czeremoszem.

Większość to było skakanie po kamieniach przy brzegu

Czas mijał, słońce piekło mocno a my dalej nie widzieliśmy żadnej chatki. Coraz częściej wołaliśmy niedźwiedzia Albina, aby w razie czego spłoszyć go i nie zaskoczyć przy wodopoju. Orientujemy się, że jesteśmy spaleni słońcem. Może tego nie czuć, ale jesteśmy około dziewięciuset metrów nad poziomem morza. Do tego woda z potoku odbija promienie słoneczne. Zakładam buffa, aby chronić szyję przed dalszymi poparzeniami.

Czarny Czeremosz

Ruiny kolejnego mostu

Z Szybenego do Albina powinno być około 16 kilometrów. Według starych tekstów Henryka Gąsiorowskiego z Szybenego do Burkutu było około siedmiu kilometrów, zaś z Burkutu do Albina drugie tyle. Potok Albin to miejsce dość charakterystyczne, bowiem przed nim wspina się ścieżka na Czywczyn (1769m.) , najwyższy szczyt Połonin Czywczyńskich. Nie było ryzyka, że ominiemy chatę bądź jej nie zauważymy. Ta jednak, jak na złość, się nie pojawia.

Fragment dość głębokiej wody

Filip i Kola walczą z żywiołem

Na jednym z postojów jemy czekoladę, decydujemy się też schować aparat do wnętrza plecaka, bowiem poziom wody jest coraz wyższy i istnieje niebezpieczeństwo zamoczenia. Kolejne przeprawy nie dają już tyle radości, stają się walką z żywiołem, jakim jest woda. Im dalej w trasę, tym mniej widoczna jest też droga, więc czasem gubimy się, przedzieramy przez chaszcze, trafiamy na bagna i tereny podmokłe. Brniemy, brniemy zaciekle. W pewnym momencie Filipa noga zsuwa się z kamieni na technicznym fragmencie i o mało nie wpada on do wody z wysokości 3-4 metrów. Obija sobie przy tym nogę i traci nieco pewność siebie, więc nasze tempo słabnie. Po jakimś czasie nabieramy jednak ponownie pewności siebie.

fragmencik drogi

W końcu naszym oczom ukazuje się potok wypływający z prawej strony rzeki. Kilka minut po nim, po przeskoczeniu kolejnego drzewa zwalonego na ścieżkę dostrzegamy chatę na prawym brzegu. Z radości aż wyciągamy aparat i robimy sobie pamiątkowe zdjęcie. Zbliża się godzina 18. Zaliczamy też ostatnią, jak nam się wydaje, przeprawę przez Czeremosz tego dnia. Licznik staje na osiemnastu przejściach.

Potok Albin

Widok, który dał wiele radości

Chata, którą odnajdujemy jest bardzo porządna. Sporo śmieci, brak szyb w oknach, jednak w miarę czyste podłogi i brak rozpierduchy powodują, że zmordowani i spaleni postanawiamy tutaj przenocować.

Decydujemy się zejść do rzeki na kąpiel, znaleźć źródło Albin, aby nabrać wody oraz zebrać drewno na ognisko. Niestety, mimo że dwukrotnie przechodzimy rzekę nie udaje się odszukać źródła. Zostajemy więc z litrem wody burkuckiej. Wyliczamy, że spokojnie starczy na kolację oraz śniadanie. Nie możemy jednak nic pić w tzw. między czasie. Kąpiemy się w Czeremoszu oraz zbieramy drewno.

Menażka pysznej, burkuckiej…

Izba w chacie

Na kolację kasza gryczana instant z konserwą mięsną z dodatkiem pesto z czosnku niedźwiedziego. Istny rarytas. Nie udaje nam się zjeść całości przygotowanego jedzenia. Nie udaje się też rozpalić ogniska. Drewno tam jest nieczułe na ciepło oraz ogień. To zapewne efekt wielu dni deszczu, które skończyły się wraz z naszym przyjazdem.

Z przyczyn technicznych rozbijamy namiot wewnątrz izby i kładziemy się spać. Snujemy marzenia o tym , że jutro droga będzie łatwiejsza, rzeka mniej rwąca a trasa prowadzić będzie tylko jednym brzegiem. Usypiamy dość szybko…

Ciąg dalszy – Czeremosz pokazuje pazury.
Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
migelito
7 lat temu

Zachęcony przez kol. Koselę informuję, że przeczytałem tekst i bardzo mi się podobał, czekam na kolejne części, a także zdjęcia z dalszej częśći wyprawy. Czuj czuwaj!