Sydney, czyli o naszych początkach w Australii

Sydney nie znajdowało się w pierwszych planach naszej podróży poślubnej. Obawialiśmy się kosztów przelotu, długiej podroży z wieloma przesiadkami i ogromnych kosztów życia na miejscu. Okazało się jednak, że nasi znajomi przeprowadzili się tam kilka miesięcy temu i namówili nas, abyśmy spróbowali ich odwiedzić. Tak zrodził się plan przyjechania do Australii.

Zazwyczaj, gdy w podróży chcemy się zatrzymać na dłużej w dużym mieście (a takim z pewnością jest Sydney), to wiąże się to z ogromnymi kosztami. Przede wszystkim nocleg – przeszukujemy Airbnb czy Booking.com, wysyłamy zapytania na Couchsurfingu. Nie zawsze jednak udaje się znaleźć dach nad głową za niewielkie pieniądze (bądź całkiem bezpłatnie). Zaproszenie od znajomych z Polski spadło nam z nieba. Gdyby nie ono, to pewnie w ogóle nie rozważalibyśmy Australii jako kraju, w którym zaczniemy naszą podróż. I już widzimy, że mielibyśmy czego żałować.

Piotrek i Maja mieszkają w Sydney od marca 2017 roku. Pracują (obecnie Maja zajmuje się opieką nad dwumiesięcznym synkiem) i zdążyli się już urządzić. U nich znaleźliśmy nasz tymczasowy dom na drugim końcu świata.

Australia Day; Sydney
Wspólne zdjęcie z Mają i Piotrkiem

Raj na ziemi

Wreszcie możemy odpocząć po rocznej gonitwie za pieniędzmi, po przygotowaniach do ślubu i hucznym świętowaniu. Śpimy tyle, ile chcemy. W wolnych chwilach (których jest wiele) pływamy w oceanie, zatoce albo basenie. Chodzimy na długie spacery po okolicy, która jest doprawdy malownicza. Nasi gospodarze postanowili osiąść w Manly, miasteczku-dzielnicy Sydney. Słynie ona z pięknych, różnorodnych plaż. „Gdy zastanawiałem się, gdzie chciałbym zamieszkać, pomyślałem, że fajnie, jakby moje dzieci mogły dorastać w słonecznym miejscu, blisko plaży” – powiedział mi kiedyś Piotrek. Teraz pięknie spełnia swoje marzenie. Wieczory upływają na wspólnych rozmowach oraz muzykowaniu. Patrycja i Maja grają na ukulele, Piotrek na gitarze, tylko ja zawodzę fałszywą nutą.

Już nie ma dzikich plaż…?

Sydney – transport miejski i karta OPAL

Do ścisłego centrum Sydney pływamy promem. Fale potrafią mocno bujać, widoki są obłędne. Podziwiamy żaglówki, skaliste wybrzeża oraz rozświetloną operę, gdy nasza łajba dobija już do przystani na Circural Quay. Transport publiczny w Sydney, o dziwo, nie jest ekstremalnie drogi. Kartę Opal (karta pre-paid, którą opłacamy przejazdy) dostajemy za darmo. Przejazdy kosztują w zależności od środka transportu, pokonywanej odległości, godziny podróży, a nawet dnia tygodnia. W niedzielę maksymalna opłata za przejazdy komunikacją w obrębie całej aglomeracji wynosi 2,6 AUD.


Porada: Warto na niedzielę zaplanować jakąś odległą wycieczkę. My za rzeczone 2,6 AUD/os pojechaliśmy w oddalone o 100km od Sydney Góry Błękitne.


Istnieje też limit dzienny (15,40 AUD) oraz tygodniowy (61,60 AUD). Opłatę uiszczamy każdorazowo wchodząc do autobusu, pociągu czy na prom i zbliżając kartę do czytnika. Kartę odbijamy także przy wyjściu. Jeśli suma opłat za przejazdy danego dnia/w danym tygodniu osiągnie limit, to potem środki nie są już pobierane z karty. Daje to liczne możliwości do zaplanowania sobie wolnego czasu oraz podróży po mieście i okolicach.

ferry Manly-Sydney
Widok z promu Manly-Sydney

Spacery są darmowe

Nie codziennie jednak wsiadamy na prom. Czasem ruszamy na spacer po okolicy. Tylko kilka minut potrzeba, aby opuścić gwarne plaże i znaleźć się w buszu. Wokół Manly powstało kilka ścieżek trekkingowych, zaś Australijczycy takie spacery nazywają bushwalking. I trudno im się dziwić, bowiem bogactwo flory i fauny, nawet blisko zabudowań jest ogromne. Dotychczas udało nam się spotkać tylko dwa rodzaje agamy oraz armię pająków, ale pewnie wiele przed nami.

australian water dragon
Agama wodna

Sydney z grilla

Cena taniego obiadu na mieście to 10-13 AUD. Jemy głównie w domu. Nasi gospodarze to świetni kucharze, więc głodni nie chodzimy, a kosztujemy przy tym pysznych smakołyków. Narodową potrawą mieszkańców Australii są specjały z grilla. Piotrek i Maja w wynajmowanym mieszkaniu zastali wielkiego grilla na balkonie. Szaszłyki z grzybów oraz papryki smakowały wybornie. Sami również staramy się odwdzięczać i przygotowaliśmy nasze ulubione burgery. Zrobiliśmy ich sporo, więc zabraliśmy je na całodniową wycieczkę w góry. Na parkingu przy szlaku znajdowały się publiczne grille elektryczne, mieliśmy więc ciepły posiłek.

Gdy podczas spaceru po Sydney z okazji Australia Day zatrzymaliśmy się na obiad w restauracji, to za 11 AUD zjedliśmy laksę, azjatycką zupę (popularną głównie w Malezji i Singapurze), która jest popularna również w Australii. Porcja była ogromna, więc pewnie w przyszłości będziemy zamawiali jedną na naszą dwójkę.

Best laksa in Sydney
Laksa z warzywami i tofu

Sydney uśmiecha się do nas

Gdy spacerujemy ulicami Sydney, to wyczuwamy wielką życzliwość dookoła. Na promie ludzie zaczepiają nas i sami zaczynają rozmowę. Sąsiedzi w naszym bloku witają się z nami i pytają jak leci. Kurier DHL zostawia paczki na klatce schodowej przy wejściu. Nie ma ryzyka, że ktoś coś zabierze. Nieodczuwalna jest frustracja, każdy wydaje się pogodzony ze sobą oraz po prostu szczęśliwy. Maja z Piotrkiem jako miejsce do życia wybrali właśnie Sydney, bo spodobało im się tam, gdy byli w podróży poślubnej. „Bardzo lubię słońce, ono powoduję, że aż chcę żyć aktywnie. Chciałbym, aby moje dzieci żyły aktywnie i dużo czasu spędzały poza domem. Sydney daje wiele takich możliwości” – mówi Maja. I doskonale ją rozumiemy, bo naprawdę miło popływać sobie w oceanie przed snem.

 

Opera Sydney
Klasyczne zdjęcie z operą.
Autor: Piotrek.

 


Przeczytaj, jak spędziliśmy dzień w Pekinie. 


 

Autor Oli

W 2015 dotarłem do Santiago de Compostela wyruszając z Polski. Teraz jestem w podróży poślubnej po Australii i Azji.

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
filpac Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
filpac
Gość
filpac

Co kraj to obyczaj… Wielki grill na balkonie? Niczego sobie…