Sri Lanka na kompletnym luzie

Handlarz klepnął Patrycję w plecy, roześmiał się i powiedział: „tylko obejrzyj, przecież nie musisz nic kupować”. Nad naszymi głowami latały kruki, w ich dziobach tkwiły skradzione z pobliskich straganów kawałki mięsa, pewnie drób. „To najlepsze przyprawy w Kandy, lokalne ceny, nie żadne turystyczne. Spójrz, przecież nie musisz nic kupować”. I choć dookoła kręcili się niemal sami przyjezdni, zaś eleganckie opakowania herbaty i kardamonu zdradzały, że tanio nie będzie, to czuliśmy się świetnie. Taki nastrój towarzyszy nam od początku pobytu na wyspie. Sri Lanka skradła nasze serca.

Wspominałem jakiś czas temu, że mocno wyluzowaliśmy się w podróży. Już praktycznie w ogóle nie przejmujemy się finansami. Oczywiście nie znaczy to, że znacznie podniósł się jej standard. Znamy już termin powrotu (17.10 lądujemy na Okęciu), wiemy, ile zostało na koncie, więc nie musimy się jakoś specjalnie spinać, że będziemy głodowali. I to od razu przełożyło się na nasze samopoczucie. Coś, co w Kambodży czy Tajlandii bardzo nas (no dobra, głównie mnie) denerwowało, teraz traktujemy z uśmiechem. Sprzedawca stara się nam coś wcisnąć drożej? Okej, taką ma pracę, grzecznie odmawiamy. Kierowca tuk tuka próbuje nas namówić na drogą wycieczkę? No dobra, niech próbuje gdzie indziej. Dzięki stary. Oli wyluzowany, to lepszy Oli. (przynajmniej tak twierdzi Patka)

Wiza do Indii w Kandy

A trochę okazji do stresu się pojawiło. Luz udzielił nam się w wielu aspektach. Bilety na lot do Polski kupiliśmy z Delhi. Miesiąc w Indiach na sam koniec: brzmi pięknie. Teraz tylko znaleźć jakieś tanie połączenie ze Sri Lanki. I pojawił się problem. Loty kosztowały zaskakująco dużo. Szczęście jednak nas nie opuszczało i w korzystnym terminie udało się złapać kurs do Madurai. Schody zaczęły się przy wyrabianiu wizy online. Otóż port lotniczy, do którego mamy bilety nie obsługuje wiz wyrabianych przez Internet. Deportacja nam nie w smak, więc ruszyliśmy do biura wizowego w Kandy (w ogóle niezły fart, że za wyrabianie wizy zabraliśmy się akurat tutaj). I odbiliśmy się od drzwi. Akurat trzeciego września wypada święto narodowe w Indiach.

Następnego dnia, skoro świt, pojawiliśmy się przed znajomymi drzwiami. Jednak, wbrew naszym oczekiwaniom, pojawiły się problemy. Najpierw odstaliśmy swoje w kolejce, potem urzędnikowi nie pasowały nasze formularze. O co chodziło? Aplikowaliśmy o wizę na miesiąc, jednokrotnego wjazdu. Okazało się, że niedawno zmieniono cennik wiz. Wiza roczna kosztuje teraz ponad 400 złotych za osobę. Jeśli jedziesz na krócej, to i tak bardziej opłaca się wyrobić wizę na 12 miesięcy. Urzędnik uznał, że taka będzie dla nas lepsza i poprzekreślał dane w naszym wniosku.

Cóż, liczyliśmy, że zamkniemy się w 150 złotych, więc mocno nas zabolała ta zmiana. Ponownie musieliśmy wypełnić formularz (z masą szczegółowych pytań). Cała przygoda zajęła nam kilka godzin, ale liczymy, że za parę dni w naszym paszporcie pojawi się wiza do Indii.

I ważna informacja: nie ma już możliwości wyrobienia bezpłatnej wizy do Indii dla obywateli Polski. Kiedyś taka możliwość była, w biurze wizowym dalej wisi informacja, że Polacy mogą uzyskać wizę za darmo. Niestety, mężczyzna weryfikował to telefonicznie i według nowego cennika płacimy za taką przyjemność ponad 18 000 rupii (opłata za wizę plus koszty urzędowe). Cóż, Sri Lanka przestała być jedynym (chyba) krajem, gdzie taką wizę dawali nam bezpłatnie.

Sri Lanka: Mirissa, plażowanie i płetwal błękitny

Jesteśmy na Sri Lance już ponad dwa tygodnie. Początek zaplanowaliśmy w słonecznej Mirissie, gdzie chcieliśmy nieco poplażować. Efekt? Spalone plecy i twarze oraz obowiązkowy odpoczynek od słońca. Szkoda, bo po głowie zaczynało nam chodzić rozpoczęcie przygody z surfingiem. Fale były tak duże, że wywracały ludzi stojących na brzegu.

Kolejny plus dla Mirissy? Knajpa na plaży, w której świeży sok z kokosa kosztował raptem 1,40 złotego (60 rupii). Obok eleganckich restauracji dla turystów stał niewielki barak z kilkoma stolikami, gdzie mogliśmy się poczuć jak bogaci ludzie z zachodu. Kolacja przy szumie fal i pyszne bezalkoholowe piwo imbirowe.

Sri Lanka, Mirissa
Przy okazji spalania skóry można sobie romantyczne zdjęcie zrobić

Wybraliśmy się też na oglądanie wielorybów. Wspominałem o falach? Otóż, sporą łodzią bujało tak, że większość pasażerów wymiotowała. My nie byliśmy w mniejszości. Przeżycie z gatunku tych traumatycznych, ale w międzyczasie udało się dostrzec płetwala błękitnego. I podobno mieliśmy szczęście, bo matka z małym, to nie jest powszechny widok.

Sri Lanka: autobusy i pociągi

Transport na Sri Lance ma jedną, wielką zaletę: jest bardzo tani. Do tego połączenia autobusowe są częste, przesiadki łatwe (nigdy nie czekaliśmy dłużej niż godzinę). Kierowcy jeżdżą jak szaleni, co czyni przejażdżkę bardzo emocjonującą. W pociągach i autobusach panuje wielki ścisk i pasażerowie często wiszą w drzwiach. Nie jest to jednak regułą i im dalej na północ, tym częściej po prostu wygodnie siedzimy i oglądamy rzeczywistość za oknem.

Sri Lanka; Kandy Ella train
Słynny pociąg z Kandy do Elli

Raz, gdy chcieliśmy skorzystać z klimatyzowanego busa, spotkała nas nieprzyjemna sytuacja. Bileter chciał od nas dodatkowych pieniędzy za przewóz bagażu. W środku niemal sami zachodni turyści, a pan przyczepił się do nas (a nasze plecaki były najmniejsze). Efekt: ja wyśmiałem typa i powiedziałem, że nie będziemy płacili, a on w nagrodę za szczerość, wyrzucił nas z autobusu. I dobrze wyszło. Dojechaliśmy na miejsce zwykłym autobusem, szybciej niż klimatyzowana ekipa. Gdy już byliśmy w Dambulli i kierowaliśmy się do świątyni, to widzieliśmy, że awanturniczy bileter z ekipą dopiero wjeżdża do miasta.

Haputale: odpoczynek w górach

Sri Lanka raczej nie kojarzy się z górami. Przynajmniej ja, zanim zaczęliśmy planować pobyt tutaj, kojarzyłem ją z pięknymi plażami oraz plantacjami herbaty. Szkoda tylko, że moja głowa nie domyśliła się, że herbaty raczej nie zbiera się nad morzem. Po safari w Udawalawe pojechaliśmy na północ, aby na kilka dni zatrzymać się w Haputale, niewielkiej górskiej wiosce. Większość turystów stacjonuje w miejscowości Ella. Tam są kawiarnie, kluby, zachodnie jedzenie i masa atrakcji. W Haputale są dwie ulice na krzyż, kilka lokalnych jadłodajni serwujących ryż z curry oraz dość luźny klimat. Wynajęliśmy pokój w prywatnym domu i oddaliśmy się lenistwu. Wybraliśmy się też tuk tukiem na górę, z której lord Lipton lubił sobie patrzeć na plantacje herbaty. Po drodze odwiedziliśmy fabrykę w Dambatenne, w której poznaliśmy proces produkcji herbaty. Najbardziej urzekł nas jednak zapach tego miejsca. Żadna niespodzianka: w końcu oboje uwielbiamy herbatę.

Sri Lanka; Lipton's seat; tea plantation
Plantacja herbaty w pobliżu Lipton’s seat
Sri Lanka; Lipton's seat; tea plantation
Plantacja herbaty w pobliżu Lipton’s seat
Sri Lanka; Lipton's seat; tea plantation
Liście herbaty
Sri Lanka, Ella, Nine arch bridge
Romantyczne zdjęcie z widokiem na most kolejowy

Sigiriya: uwaga na dzikie słonie

Gdy szukaliśmy noclegu w Sigiriyi rozbawiła nas jedna z recenzji w serwisie rezerwacyjnym: „właściciel podwiózł nas za darmo do monopolu w nocy, aby nie zaatakowały nas dzikie słonie”. Pośmialiśmy się, ale już na miejscu zorientowaliśmy się, że nie ma żartów. Wioska nie posiada żadnego elektrycznego ogrodzenia (niektóre miasta czy wioski na Sri Lance, te w pobliżu parków narodowych posiadają takowe). Po zmierzchu dzikie słonie przemieszczają się i mogą zaatakować ludzi.

Pidurangala; Sri Lanka
Lwia Skała (Sigiriya) wstęp na nią kosztuje krocie, więc podziwiamy ją z daleka.

W ogóle Sri Lanka to pierwszy chyba kraj w naszej podróży (albo drugi po Australii), gdzie tak bardzo dostrzegalna jest obecność dzikich zwierząt. Warany biegają pomiędzy atrakcjami dla turystów, orły latają nad głowami. Wczoraj widzieliśmy dwa słonie, które stały przy wodopoju (choć były parę kilometrów od nas). W miejscu, w którym mieszkamy w Polonnaruwie podczas wieczornego spaceru, widzieliśmy stado saren oraz wiwerę indyjską (taki lokalny dziki kot). Wszystko to robi na nas ogromne wrażenie, niezwykła bliskość natury. Lecimy na spacer, może znów uda się coś wypatrzeć!

Autor Oli

W 2015 dotarłem do Santiago de Compostela wyruszając z Polski. Podczas dziewięciomiesięcznej podroży poślubnej odwiedziłem Australię oraz sporą część Azji! Mieszkam w Warszawie, czytam książki, piszę bloga i opowiadam o podróżach.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o