Hau Thao, czyli pokój z tarasem ryżowym

Góry w północnym Wietnamie, a konkretnie okolice Sapy, były na naszej liście miejsc do odwiedzenia od bardzo dawna. Zielone tarasy ryżowe, które za tło mają rozległe pasma gór – niezwykły widok! Postanowiliśmy zamieszkać w wiosce Hau Thao, w oddali od gwaru Sapy i wszelkiej infrastruktury. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że ból głowy najlepiej leczy się bańkami z bawolego rogu, na otarcia pomoże kurze pióro i odrobina samogonu, zaś z miejscowej marihuany parzy się herbatę.

Hau Thao; Sapa; tarasy ryżowe
Pokój z tarasem ryżowym

Gdy wysiedliśmy z rejsowego autobusu z Hanoi od razu otoczyło nas kilka kobiet w strojach etnicznych. Mówiły ładnie po angielsku i zachwalały zalety swojej wioski oraz domu, w którym mieszkają. Dyktowały jednak ceny sporo wyższe niż nasz budżet. Zostawiliśmy je w tyle i ruszyliśmy przed siebie. Do wioski Hau Thao mieliśmy osiem kilometrów. Jeszcze tylko obiad w ukrytym pośród stromych uliczek wegetariańskim barze i ruszamy ku przygodzie.

Hau Thao: Mama Z spotyka nas na drodze

Wyrosła jak spod ziemi. Szliśmy poboczem, gdy nagle zbliżyła się do nas kobieta w stroju Hmong i zaczęła zapraszać do swojego domu. Przyjmuje gości; nie, nie znajdziemy jej agroturystyki (homestay) na portalach z noclegami, ale ma niewielki zeszycik, w którym przeczytamy opinie od gości. Wszystkie są entuzjastyczne. Mieszka w Hau Thao, ale nie możemy iść tam sami. To bardzo daleko. Przecież nie znamy drogi. Chcecie iść między samochodami? Głupota, Mama Z zna szlak górski, to będzie dla nas pierwszy dzień trekingu. I nie weźmie za przewodnictwo ani dolara. Jeśli pokój nam się nie spodoba, to będziemy mogli zrezygnować. A i ważna informacja: jedzenia będzie tyle, że go nie przejemy. Cena? 10 dolarów za osobę dziennie, każdego dnia treking z przewodnikiem i dwa posiłki. Kobiety na stacji chciały cztery razy więcej. Zgadzamy się na wspólny spacer do wioski.

Hau Thao; Sapa
W drodze z Sapy do Hau Thao. W dole Mama Z

Z Sapy do Hau Thao

Po drodze Mama Z zagaduje. Skąd jesteśmy, młode małżeństwo, to super, pewnie ciężko wam z plecakami. Nie? No dobra, to możecie je nieść. Po pół godziny zmienia jednak zdanie, bowiem niebawem zjawia się jej mąż i pakuje nasze plecaki na motor. Cóż, już widzimy, że Mama Z to twardy gracz na rynku lokalnej turystyki i raczej ciężko będzie się wyplątać z noclegu w jej domu. I tak musimy tam dotrzeć, aby odebrać nasze plecaki. Szlak jest momentami stromy, momentami idziemy nad niewielką przepaścią. Widoki zapierają dech w piersiach. Mama Z opowiada o wioskach, które mijamy. Czasem przystaje, aby pokazać nam jakąś roślinę. Happy flower – tak nazywa krzaczki marihuany, które mijamy po drodze. Po trzech godzinach docieramy wreszcie na miejsce. Od jakiegoś czasu za przewodnika mamy córkę Mamy Z, nasza gospodyni postanowiła podjechać motorem do domu, aby zabrać się za przygotowywanie kolacji dla swoich gości. Postanowione, zostajemy w Hau Thao!

Hau Thao
Porwanie naszych plecaków

U Mamy Z za piecem

U Mamy Z warunki lokalowe są bardzo skromne. W pokoju znajduje się łóżko i moskitiera. Stół przenoszony jest z jadalni na ganek. Niewielkie plastikowe krzesła wędrują tam, gdzie akurat są potrzebne. Tylko łazienka to powiew luksusu, toaleta zachodnia, prysznic z ciepłą wodą. Po obejściu biegają szczeniaki oraz panoszą się kury. Z zagrody słychać chrumkanie świni. Dom Mamy Z i Papy Su znajduje się wysoko ponad drogą samochodową. Nawet motorem ciężko tam dojechać. Podejście z wioski jest bardzo strome. Widoki jednak wynagradzają podjęty wysiłek. Na miejscu gospodyni sprzedaje wodę, coca colę albo piwo. To zrozumiałe, bowiem ktoś wcześniej musi dowieźć to do wioski i wnieść na górę. Kawa i herbata jest darmowa i nielimitowana.

Hau Thao, Mama Z
Wizytówka Mamy Z
Mama Z, Hau Thao, treking
Mama Z przy pracy

Treking w okolicy Hau Thao

Gdy wybieracie się w wietnamskie góry, to nie spodziewajcie się infrastruktury, jaką Polacy znają chociażby z Bieszczadów. Treking w okolicy Hau Thao, to spacery po okolicznych wioskach, podziwianie tarasów ryżowych czy też możliwość kąpieli pod wodospadem. Nie ma wyznaczonych szlaków, nikt kolorową farbą nie pomazał drzew czy płotów. Jeśli nie masz przewodnika, to zapewne będziesz błądził, wchodził na prywatne posesje i często nadrabiał drogi. A ta momentami jest bardzo stroma.

Hau Thao treking
Krajobrazy zapierają dech w piersiach
Hau Thao, treking
Wszędzie tarasy ryżowe

My planowaliśmy zorganizować treking wśród tarasów ryżowych na własną rękę. Pierwszego wieczoru Mama Z postawiła butelkę happy water (lokalnego samogonu) i oznajmiła:

– Turystyka to dla nas zarobek, dlatego wszyscy robią za przewodników. Wychowaliśmy się tutaj i chcemy oprowadzać turystów po naszych terenach. Zresztą, tutaj też może być niebezpiecznie. Ja wiem, gdzie pasą się groźne bawoły, które psy mogą zaatakować. Zdarzyło się, że turyści wychodzili sami w góry i potem spadali. Droga nad wodospad jest stroma, potrafi być ślisko. Przewodnik będzie wiedział, kiedy można nią przejść. W cenę noclegu wliczona jest opieka przewodnika. Decyzja należy do was. Moja córka chętnie pokaże wam okolicę. 

Hau Thao, treking
Szlak prowadził też mostem

Hau Thao, treking

Wspieranie miejscowych gałęzi turystyki to jeden z przyjemniejszych elementów podróży. Tutaj byliśmy pewni, że pieniądze trafią do rąk rodziny, u której się zatrzymaliśmy. Zresztą Mama Z była szczera do bólu:

– Jutro przyjadą do mnie inni turyści. Wykupili wycieczkę w Hanoi. Mam do was jedną prośbę, nie rozmawiajcie z nimi o tym, ile płacicie. Pobyt tutaj kosztuje ich znacznie więcej. Za jedną noc zapłacą tyle, co wy za trzy. Większość pieniędzy trafia jednak do pośredników. Możecie podać telefon do mnie swoim znajomym. Gdyby kontaktowali się bezpośrednio ze mną, to zarabiałabym więcej. 

Hau Thao. Czy warto brać przewodnika?

Ścieżki nie są specjalnie wymagające, choć może być ślisko. Nie ma oznaczeń, więc wybierając treking na własną rękę niektóre miejsca możecie łatwo ominąć. Nas przekonały argumenty Mamy Z. Wsparcie dla ludzi z grupy etnicznej Hmong, to niejako obowiązek świadomego turysty. Odwiedzamy ich wioski, wchodzimy w podwórka, wyciągamy aparat, gdy widzimy małą dziewczynkę jadącą na bawole. Hmong noszą kolorowe stroje, wyplatają tkaniny oraz sprzedają rozmaite pamiątki. Gdy zatrzymamy się u nich w domu, to mamy okazję poznać całą rodzinę, zobaczyć, jak toczy się codzienne życie w wiosce.

Hau Thao treking
My idziemy szybko, dziewczynka jedzie bawoli.
Hau Thao, treking
Buszujący w zbożu
Hau Thao, treking
Odpoczynek od pracy. Pełne kosze mogą ważyć ponad 30 kilogramów.

Wędrując z przewodnikiem unikniemy miejsc niebezpiecznych, a także po prostu: damy komuś zarobić. Drugiego dnia naszego spaceru po okolicy, do naszej dwójki dołączyła mała dziewczynka oraz starsza kobieta. Szły razem z nami dobre dwa kilometry. Pomagały na śliskim błocie, sprowadzały w dół ścieżką obok wodospadu. Na dole poprosiły, abyśmy coś od nich kupili. Potraktowaliśmy to jako podziękowanie za wspólną wędrówkę. Nabyliśmy po jednej, niewielkiej torebce z lokalnym wzorem. Pewnie ktoś z naszych znajomych dostanie ją w prezencie.

Wspólne wieczorne biesiady. Poznajemy kulturę Hmong

Podczas trekingu widzieliśmy rozległe pola ryżowe, zaliczyłem kąpiel w chłodnej wodzie pod strumieniem wodospadu, a także wędrowaliśmy bambusowym lasem. Chyba jednak największą przyjemność sprawiały nam wieczorne rozmowy z Mamą Z. Najpierw wspólnie przygotowywaliśmy produkty (choć nasza rola sprowadzała się do krojenia zieleniny), zaś później, podczas kolacji rozmawialiśmy o życiu w wietnamskich górach.

– Będziecie u mnie mieszkali przez trzy noce, a to oznacza trzy noce picia alkoholu.

Oznajmiła podczas pierwszej kolacji i nie kłamała. Lokalny samogon miał lekki smak, nie był bardzo mocnym alkoholem, zaś nawet nadmierne jego spożycie nie powodowało porannego bólu głowy. Nie wiem tylko, czy tajemnica tkwiła w składnikach, czy też bardzo obfitych kolacjach, które pomagały przyswoić okowitę. Ciekawy był też sposób rozlewania trunku, na środku stołu stała szklanka bądź miska, z której zainteresowani nabierali do swojej czareczki wódki. Mama Z wznosiła toasty, wypiliśmy swojskiego bruderschafta. Gdy kończyła się czysta, to na stół wjeżdżał samogon zrobiony z karczochów. Przyznam, że wcześniej nie piłem czegoś podobnego.

Gdy zjawili się inni, zapowiadani przez Mamę Z, turyści, to wieczorna biesiada znacznie się przeciągnęła. Spory wpływ na to miało pozytywne nastawienie naszych nowych kompanów oraz… ich problemy ze zdrowiem.

Medycyna według Hmong

Gdy wróciliśmy z trekingu, to na ganku naszego domu siedziała dwójka turystów. Wyglądali normalnie poza jednym, drobnym faktem: dziewczyna miała na czole bawoli róg. Byliśmy mocno zmęczeni, więc nieco zignorowaliśmy tę dziwną przypadłość. Sprawa wyjaśniła się dość szybko. Brytyjska turystka poskarżyła się Mamie Z na ból głowy. Wśród Hmong najlepszym lekarstwem jest postawienie bańki z bawolego rogu na czole. Kto w młodości miał stawiane bańki na plecach zapewne wie, o co chodzi. Tutaj rolę hermetycznego naczynia spełnia róg bawoła. Odpowiednio rozgrzany został przyczepiony do czoła turystki. Efekt? Ból głowy ustąpił, zaś na czole pojawiła się ogromna czerwona plama.

– Przyjrzyjcie się kobietom w wioskach. Sporo z nich ma taką plamę na czole. Serio bawoli róg pomaga.

Tłumaczyła Mama Z, która widziała nasze radosne zdziwienie.

Hau Thao, treking
Pan doktor

Dwóch pozostałych turystów pochodziło z Francji. Antoine miał wypadek na motorze trzy dni temu. Jest mocno poobijany, skóra na jednym z piszczeli jest kompletnie zdarta. Ma problemy z chodzeniem. Jaki sposób ma na to Mama Z? Nalewa mu mniej wódki do czarki, ale pozostałym samogonem zamierza oczyścić ranę. Poczekajcie chwilę – mówi i wychodzi z jadalni. Wraca po chwili z świeżo wyrwanym kurzym piórem. Namacza je samogonem i powoli smaruje ranę. Antoine wygląda jakby wolał jednak leczyć się metodą gardłową.

Hau Thao czy Sapa?

Sapa to spory górski kurort. Pełen turystów, zorganizowanych wycieczek oraz młodych wietnamskich skautów. Na kilku blogach wyczytaliśmy, że nie warto tam jechać, bowiem to kicz, jeden wielki bazar, wietnamskie Krupówki. Cóż, cieszymy się, że rozegraliśmy wyprawę w góry na północy Wietnamu po swojemu. Sapę potraktowaliśmy jako punkt przesiadkowy. Zmieniliśmy środek transportu na napęd nożny i ruszyliśmy w góry. Dzięki temu poznaliśmy Mamę Z i jej męża Papę Su. Jeśli jesteście na wakacjach w okolicach Hanoi, to nie omijajcie wioski Hau Thao. Nawet jeśli nie chcecie mieszkać w skromnych warunkach u lokalnej rodziny, to w samej wiosce znajduje się kilka hosteli i restauracji. A jeśli chcecie nieco poznać Hmong i ich zwyczaje, to zadzwońcie do Mamy Z. Na pewno się ucieszy.

Mama Z, Papa Su, Hau Thao
Wraz z naszymi gospodarzami

Autor Oli

W 2015 dotarłem do Santiago de Compostela wyruszając z Polski. Teraz jestem w podróży poślubnej po Australii i Azji.

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Hau Thao, czyli pokój z tarasem ryżowym"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Marcin
Gość

Niesamowita przygoda. Czytając można wyobrazić sobie tak jak bym tam się samemu było. Czytam z zaciekawieniem kolejny artykuł. I nie mogę się doczekać już następnych. Dobra robota. Fajnie by było kiedyś książkę przeczytać z całej wyprawy:-)

filpac
Gość

Wow!!! Lubię takie konkretne babki! Genialna historia!