Wodospad Pongour – na własną rękę

Wodospad Pongour znajduje się 56 kilometrów od Da Lat. Najłatwiej dojechać do niego wykupując wycieczkę w jednej z licznych agencji turystycznych. Można też wypożyczyć motor i samemu dotrzeć na miejsce. Inne, chyba najdroższe rozwiązanie, to wynajęcie samochodu z kierowcą. Jeśli jednak nie chcemy przepłacać, zaś na motorze nie czujemy się zbyt pewnie, to możemy całą wycieczkę zorganizować sobie samemu. Ja na dojazd w obie strony wydałem 25 tysięcy dongów (niewiele ponad dolara). Jak dojechać do wodospadu Pongour na własną rękę?

Pongour waterfall, wodospad Pongour
Wodospad Pongour, chyba warto się pofatygować.

Wodospad Pongour, nikt tamtędy nie jeździ?

Od kiedy zobaczyliśmy Sekumpul na Bali, to wszystkie inne wodospady wydają nam się biedne i małe. Indonezja to był wodospadowy raj. Pongour jednak polecało nam kilka osób, obejrzeliśmy w internecie zdjęcia i postanowiliśmy przekonać się na własnej skórze, czy warto.

Problem stanowił dojazd. Spora odległość od Da Lat powodowała, że konieczne byłoby wynajęcie taksówki z kierowcą (w naszym hostelu podali nam cenę: 50 dolarów) albo wzięcie wycieczki, podczas której odwiedzamy jeszcze dwa inne wodospady oraz plantację kawy, wioskę kurczaków czy inne mniej nas interesujące miejsca, stworzone, aby turyści zobaczyli jak najwięcej atrakcji. Takich wycieczek, gdy trafia się do „prawdziwej wioski”, w której jedna osoba wyszywa, zaś trzydziestu podróżników biega wokół niej z aparatami mamy już dość. Wycieczka kosztowała 40 dolarów od osoby, czyli jeszcze drożej niż wynajęcie samochodu. Obie opcje zaś zdecydowanie zbyt dużo jak na nasz budżet.

„Możecie jeszcze pojechać lokalnym busem, ale on zostawi was na skrzyżowaniu, z którego 7 kilometrów trzeba iść pieszo. Nikt tam nie jeździ, bo dalej jest tylko wodospad”. I tutaj zaświeciła się nam lampka, skoro jest wodospad, to pewnie jeździ tam sporo osób, może uda się złapać stopa. Jeśli nie, to 7 kilometrów raczej nie jest wymagającą odległością. Jedziemy! (w końcu pojechałem sam, bo Patrycja nie czuła się najlepiej)

Znów w trasie

W naszej podróży staramy się nie snuć planów dalekosiężnych, ale też lubimy, gdy jest pewien porządek. Tylko etap australijski, gdzie jechaliśmy stopem przez pustkowia i nie wiedzieliśmy, gdzie przyjdzie nam rozbić namiot, był pod tym względem inny. Gdy stanąłem na wylotówce z Da Lat, aby ruszyć do Pongour, to czułem nutkę ekscytacji. Niby wiedziałem, że mam złapać busa do Bao Loc, wysiąść przy skręcie do wodospadu i potem ruszyć pieszo, ale w takich sytuacjach nigdy nie wiesz, co cię spotka. I mnie też rzeczywistość zaskoczyła.

Pierwsza sprawa, wsiadłem do busa, który jechał gdzie indziej. Kierowca i sprzedawca biletów kiwali głowami i mówili: Pongour Waterfall, yes, yes. Po 45 minutach jednak kazali mi wysiadać, 10 kilometrów od skrzyżowania. Skasowali mnie za tę przyjemność 15 tysięcy dongów (1 USD= 22 800 dongów). Stanąłem przy drodze i zacząłem łapać stopa. W środku miasta, czyli nieco niezgodnie z etykietą, ale zabudowania ciągną tutaj wciąż wzdłuż drogi, więc idealnego miejsca nie chciało mi się szukać. Po chwili zatrzymał się samochód dostawczy, który zmierzał chyba do Sajgonu, po drodze zgarniając ludzi i różne przesyłki. Trochę na migi, trochę za pomocą smartfona pokazałem, gdzie chcę podjechać. Po chwili byłem na miejscu. Zapłaciłem panom 10 tysięcy dongów.

Pieszo?

Na skrzyżowaniu można poprosić kogoś, aby podrzucił nad wodospad motorem. Widziałem kilku mężczyzn przy swoich maszynach, gotowych, aby nieco sobie dorobić. Ja ruszyłem pieszo i uszedłem 50 metrów. Machnąłem ręką na przejeżdżającego busa i po chwili byłem członkiem rosyjskiej wycieczki.

Dima, rosyjski pilot wycieczek mieszkający w Wietnamie, zaproponował, abym podjechał z nimi. Bus był pełny, ale jedna z rodzin wzięła swojego syna na kolana. Od początku dało się wyczuć pozytywną atmosferę. Zaczął się mały wywiad, dlaczego idę sam, czemu nie z wycieczką itp. Odpowiadałem na wszystkie pytania, a gdy dodałem, że kiedyś przeszedłem z Polski do Hiszpanii, to rozległy się brawa. Zaoferowano mi także odwiezienie z powrotem do Da Lat. Właściwie zapłaciłem jedynie za bilet wstępu: 20 tysięcy dongów.

Pongour wodospad

Pongour wodospad
Przy wejściu wita turystów roześmiany Budda.

Wodospad Pongour

Pogoda nie była najlepsza, bo podczas niecałej godziny zmoczyły mnie dwie ulewy. Pomimo tych niedogodności miałem trochę czasu, aby przyjrzeć się Pongourowi. Wyczytałem w internecie, że kilka lat temu na pobliskiej rzece Đa Nhim zbudowano tamę, która zredukowała ilość wody docierającą do wodospadu.. Cóż, faktycznie strumień nie był imponujący, ale szeroki na 100 metrów i wysoki na 40 Pongour robi spore wrażenie. Zwłaszcza, że można zarówno podejść pod sam wodospad, jak i podziwiać go ze znacznej odległości.

Pongour waterfall
U stóp wodospadu jest miejsce, aby odpocząć.

Dojście do podnóża wodospadu jest bardzo proste, w całości prowadzi po betonowej drodze. Jeśli komuś nie chce się iść pieszo z parkingu, to w dół turystów zwozi niewielka ciężarówka. Oczywiście w ten sposób można też wrócić. Na miejscu jest sporo stoisk z jedzeniem, piciem oraz pamiątkami. Głodni też nie będziecie.

Pongour Waterfall

Kilka słów o rosyjskich turystach

I jeszcze parę zdań o rosyjskiej grupie, dzięki której cała podróż tak mało mnie kosztowała. Generalnie rosyjscy turyści nie mają dobrej prasy w polskiej blogosferze podróżniczej. Przedstawiani są jak dzikie hordy najeźdźców, którzy są głośni, często pijani i do tego jeszcze katują zwierzęta. Rosjanie płacą za to, że są obok Chińczyków najliczniejszą nacją podróżującą po Azji południowo-wschodniej. Sam czasem klnę pod nosem na Rosjan. Zwłaszcza, gdy agresywnie zachowują się wobec mieszkańców krajów, które odwiedzają. Irytuje mnie też, że często omyłkowo jestem brany za Rosjanina.

Nie widzę nic złego w tym, że menu w restauracjach czy napisy na tablicach informacyjnych są po rosyjsku. Turystyka to biznes i skoro liczni klienci przylatują z Moskwy czy Petersburga, to Wietnamczycy starają się przyjąć ich najlepiej jak umieją.

Pongour
Moja grupa

Przez dwie godziny słuchałem Dimy, rosyjskiego przewodnika. I moje wrażenia są jednoznacznie pozytywne. Starał się edukować swoją grupę, opowiadał im sporo o kulturze Wietnamu, różnych lokalnych zwyczajach. Zwracał uwagę na specyfikę wietnamskiego języka, która może prowadzić do rozmaitych nieporozumień. Bardzo obrazowo pokazał, że bariera językowa, połączona z pewną nieśmiałością Wietnamczyków do używania języków obcych, może prowadzić do całkowitego braku zrozumienia. I niekoniecznie będzie to wynikało ze złej woli jednej czy drugiej strony. Ja miałem dużą frajdę, bowiem okazało się, że prawie wszystko rozumiem i tylko parę razy dopytałem po angielsku, co dokładnie Dima miał na myśli. Co ciekawe, tłumaczył też grupie, na czym polega couchsurfing i jak ważne jest w podróżowaniu podejście do drugiego człowieka.

Sam nie miałem dotychczas najlepszego zdania o rosyjskich turystach, ale to spotkanie pokazało mi, że ta grupa (bardzo różnorodna i szeroka) także się zmienia. Nie wiem, czy są oni głównymi amatorami przejażdżek na słoniach i strusiach, pewnie obok Azjatów stanowią większość, ale zrzucanie na nich całej winy wydaje mi się niesprawiedliwe. Zwłaszcza, że i turyści z krajów zachodnich potrafią wpaść na dziwny pomysł…

Gdzie można jeździć na słoniach?

W hostelu, w którym nocujemy w Da Lat zatrzymała się para z Niemiec. Młodzi ludzie, obstawiam, że parę lat młodsi od nas. Spytali właściciela hostelu, gdzie w okolicy można jeździć na słoniach. „Niedaleko stąd, ale nie sprzedam wam takiej wycieczki. Zarobiłbym na tym, ale uważam, że turyści nie powinni tego robić. One umierają. To smutne. Jest wiele lepszych rzeczy, które możecie tu robić”. Świadomość przyjezdnych to jedno, ale jeśli sami sprzedawcy usług turystycznych zrozumieją, że zarabianie na krzywdzie zwierzą jest czymś złym, to może w końcu przejażdżki na słoniach wypadną ze szerokiego spektrum atrakcji. Oby, bowiem zwierzęta płacą za to ogromną cenę…

Autor Oli

W 2015 dotarłem do Santiago de Compostela wyruszając z Polski. Podczas dziewięciomiesięcznej podroży poślubnej odwiedziłem Australię oraz sporą część Azji! Mieszkam w Warszawie, czytam książki, piszę bloga i opowiadam o podróżach.

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
filpac Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
filpac
Gość
filpac

LOL, podwiezienie przez rosyjską wycieczkę, to musi być coś 😊