Koh Tonsay, czyli Wyspa Królicza w porze deszczowej

Jeśli chcecie poczuć się nieco jak bohater filmu Cast Away i zamieszkać na kilka dni na wyspie, gdzie nie ma elektryfikacji, zaś wszędzie walają się wyrzucone przez morze śmieci (nawet piłka się znajdzie), to uderzajcie na Koh Tonsay. Wyspa Królicza nie widziała nigdy na oczy prawdziwego królika, ale przyciąga turystów spokojną, wręcz senną atmosferą oraz tanim noclegiem. My obraliśmy kurs na przygodę i mimo pory deszczowej wsiedliśmy na łódź w Kepie.

Koh Tonsay, pora deszczowa
Koh Tonsay: dobre miejsce na kilkudniowy odpoczynek podczas długiej podróży poślubnej.

Skoro już jesteśmy w Azji, to chcemy czasem wybrać się na rajską wyspę, taką jak z pocztówek, gdzie będziemy pili wodę kokosową, przechadzali się po plaży i mieli święty spokój. I Koh Tonsay spełniło nasze oczekiwania. Jak większość atrakcji w Kambodży, ma jeszcze kilka rzeczy do poprawy, ale zdecydowanie nie żałujemy, że postanowiliśmy spędzić tam kilka dni.

Koh Tonsay: jak dostać się na Rabbit Island?

Na wyspę dostać można się z Kepu. Rejs łódką zajmuje od 20 do 40 minut, zależnie od warunków pogodowych. Cena dla turystów jest stała i obejmuje już kurs powrotny: 8 dolarów (jeden dzień na wyspie) lub 10 dolarów (jeśli zostajemy na noc). W porcie warto być przed 9, bo godziny bywają płynne. Łódek jest jednak sporo i raczej każdy, kto zapłaci, popłynie.

Koh Tonsay, boat
Skromna przystań, stąd odpływają łódki na Koh Tonsay.

Rozkład jazdy: z Kep do Koh Tonsay: 9:00, 13:00. Powrót: 8:00, 16:00

Można też wynająć prywatną łódkę, ceny zaczynają się od 25 dolarów. W sezonie drożej, ale wszystko zależy od Waszych zdolności negocjacyjnych. Przybijając od brzegu musieliśmy wyskoczyć z łódki do wody (po kolana) oraz przejść parę metrów zanim poczuliśmy suchy piach pod stopami. Podobnie było z powrotem. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo na wodzie, bo bujało nieźle, woda ciągle nas zalewała i musieliśmy mocno trzymać siebie oraz plecaki. Ale to była kwestia sezonu deszczowego i silnego wiatru, więc w porze suchej pewnie będzie bardziej przyjemnie.

Koh Tonsay, czyli już nie ma dzikich plaż

Łódź przybija do plaży. Wyskakujemy do wody i po chwili zaczepia nas grupka osób oferujących noclegi i wyżywienie. Plaża, wzdłuż której znajduje się cała infrastruktura, ma około 250 metrów długości. My szukamy bungalowów u Simone, które polecała nam Asia z Somosdos.pl. Po paru sekundach, to gospodyni znajduje nas. Ustalamy cenę na 5 dolarów za noc i zrzucamy plecaki w domku. Bardzo podstawowe wyposażenie: łóżko z moskitierą, dwa fotele, dwa hamaki na tarasie i łazienka. Sedes bez deski, niedziałający prysznic i wiadro z wodą. Mamy wszystko, czego potrzeba do szczęścia.

Nasz bungalow to także schronienie dla rozmaitych zwierząt. Kura mieszkała przy zbiorniku z wodą, nocą po ścianach biegały armie karaluchów, zaś po belkach stropowych przechadzał się spory szczur. Podczas deszczu odwiedzał nas kot, a jaszczurki, które w Azji są niemal wszędzie, również na Koh Tonsay umilały nam wieczór swoimi okrzykami.

Koh Tonsay, bungalow
W takim domku spędziliśmy trzy noce. Pięć gwiazdek.

W barze u Simone można znaleźć wszystko. Wybór dań wegetariańskich jest ogromny, więc przez cały pobyt na wyspie mamy pełne brzuszki, raczymy się świeżymi kokosami oraz piwem. Dodatkowo wzdłuż brzegu rozwieszone są hamaki, rozstawione leżaki. Rajska plaża?

Prawie, bowiem nie ma piasku ani plaży. Liczne burze, połączone z mocnymi opadami deszczu spowodowały, że morze wezbrało, a na brzegu znalazły się właściwie wszystkie rzeczy, których nie chcielibyście tam widzieć: butelki, puszki, kawałki styropianu, plastik w każdej postaci oraz glony. I choć mieszkańcy wyspy starają się sprzątać główną plażę, to jest to głupiego robota. Mocniejsza wichura, większe fale i po paru minutach z powrotem mamy śmietnik.

Koh Tonsay, bungalow
Wymarzone warunki do pracy.

Koh Tonsay, spacer dookoła wyspy

Na wyspie żyje raptem kilka rodzin. Bodajże trzy prowadzą bary oraz wynajmują domki dla turystów. Podczas spaceru dookoła Koh Tonsay mogliśmy zobaczyć, w jakich warunkach mieszkają pozostałe. Proste chatki zrobione z czegokolwiek, połatane materiałami, które morze wyrzuciło na brzeg. Trudnią się głównie rybołówstwem oraz, w sezonie, pomagają przy obsłudze turystów.

Z głównej plaży skierowaliśmy się w lewo (patrząc z chatki w stronę wody). Początkowo ścieżka była widoczna i łatwo dostępna. Dotarliśmy na drugą plażę, gdzie mieliśmy zobaczyć wielkie rozgwiazdy, ale zalegały tam tony śmieci. Po pół godziny doszliśmy do osady rybackiej, przy brzegu stało kilka łódek. Potem droga urwała się. Szliśmy po kamieniach, brodząc nieco w morzu. W końcu jednak trafiliśmy na teren zalewowy  i zaczęły się trudności.

Koh Tonsay, dookoła wyspy
Spacer dookoła wyspy w porze suchej, to przyjemny, dwugodzinny spacer. W porze deszczowej jest nieco gorzej.

Przeciskaliśmy się przez gęsty las niskich drzew, pod naszymi nogami było błoto bądź bagno, zaś z gałęzi spadały nam na głowy wielkie, czerwone mrówki. Na szczęście, gdy trzeba okrążyć wyspę, to ciężko się zgubić. Byle morze było po prawej i idziemy przed siebie. Znajdujemy jakieś pozostałości ścieżki, która w porze suchej może służyć turystom. Teraz jest zalana przez deszcz i przypływ. Idziemy po kostki w wodzie i zastanawiamy się, czy na wyspie żyje wiele jadowitych węży i pająków. Spod nóg czmychają liczne jaszczurki i w końcu docieramy do zabudowań.

Na migi porozumiewam się z kobietą, która nieźle się wystraszyła widząc grubego wychodzącego z dżungli. Pewnie poza sezonem nie ma wielu gości. Idziemy dalej i postanawiamy nie odpuszczać linii brzegowej. Po kamieniach i brodząc po kolana w wodzie docieramy do drugiej przystani. To tam przybijają łódki, gdy morze jest niespokojne. Jest ona oddalona o kilka minut spacerem (po mocno błotnistej ścieżce) od plaży z bungalowami.

Koh Tonsay. Czy warto wybrać się na Króliczą Wyspę?

Odpoczęliśmy. Leżeliśmy godzinami w hamaku, w tle szumiało morze. Muzyka płynęła z głośników tylko wieczorami (prąd włączany jest około 18 na jakieś 3 godziny). W trzy dni nadrobiliśmy zaległości czytelnicze i mieliśmy sporo czasu, aby porozmawiać o dalszych planach. Gdy nie ma prądu oraz internetu, to wracamy do tych najbardziej podstawowych form kontaktu. Brzmi to jak banał, ale bez ciągłego gapienia się w telefony spędziliśmy cudowny czas razem. Warto wybrać się na Koh Tonsay, aby odpocząć od zgiełku i mediów społecznościowych.

Wyspa słynie z zachodów słońca. Mimo zachmurzenia i częstych opadów deszczu nam też udało się o tym przekonać.

Koh Tonsay
Wy wyspie mieszka więcej kur, kaczek, psów i kotów niż ludzi. Tutaj jeden dumny model.
Koh Tonsay
Zachód słońca widziany niemal z okna bungalowu.

I na koniec rozwiązanie zagadki. Wyspa Królicza swoją nazwę zawdzięcza kształtowi, widziana z góry przypomina ponoć królika. Wierzymy na słowo.

Koh Tonsay, bungalow
Wypoczynek w hamaku. Kambodża to kraj, gdzie hamaków więcej niż łóżek.
Wiatr szarpał palmami, spadały kokosy. Dobrze, bo bardzo je lubimy 🙂
Koh Tonsay, sunset
Patrycja na plaży. Musieliśmy sprzątnąć kilka butelek, aby zrobić zdjęcia.

Autor Oli

W 2015 dotarłem do Santiago de Compostela wyruszając z Polski. Teraz jestem w podróży poślubnej po Australii i Azji.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o